Portimao-Lanzarote

23-29 września 2021

Nareszcie ten dzień nadszedł. Po trzech latach oczekiwania rozpoczynamy nasza przygodę. Duże zakupy w miejscowym Lidlu, aby zaprowiantować „Rogatą” i w drogę!  Zostawiamy w Portimao paru nowych przyjaciół, którzy pomagali nam wykonać update „Rogatej”, ale jednocześnie towarzyszy nam uczucie ulgi i podniecenia zarazem.

Prognoza pogody na pierwsze dni marna, ale odrzucamy pokusę oczekiwania na okno pogodowe. Początkowo nasze tempo nie powala i pierwszej doby ujechaliśmy raptem 74nm, ale od czego ożaglowanie typu cutter? Stawiamy kliwer i dodajemy do szybkości „Rogatej” 1kn. Zaczyna to wyglądać trochę bardziej optymistycznie, chociaż w prognozie następny dzień bez wiatru. Niesamowite – jesteśmy na oceanie, a powierzchnia wody jak wyprasowana. Przy niej stawek na Gocławiu jawi się jako wzburzony akwen. 

I pośród tej ciszy niespodziewany gość – maleńki ptaszek przysiadł na decku. Zastanawiamy się jak on dał radę dolecieć tak daleko od stałego lądu – pewnie zabłądził biedak. Nastroszył piórka i przycupnął w cieniu rezerwowych zbiorników na wodę. Probujemy podsunąć mu wodę i coś do jedzenia, ale wydaje się niezbyt zainteresowany. Po pewnym czasie przemieścił się do kokpitu, przysiadł Krzysiowi na kolanie, potem znalazł sobie kącik osłonięty od słońca i wiatru, skulił się w sobie i zasnął. Nie wyglada to optymistycznie… Następnego dnia zaczął trochę dreptać, przytulił się do mojej stopy, a po pewnym czasie przewrócił się na grzbiet i zastygł w bezruchu. Krzyś urządził mu morski pogrzeb i ogarnęła nas zaduma o przemijaniu. 

Zaczęło się rozwiewać. „Rogata” zarżała i odpaliła z kopyta – zaczynamy bić rekordy dobowe. Na mapie jeszcze dwa dni do Lanzarote, zafalowanie rośnie, wiatr się wzmaga. Kapitan zarządził refowanie żagli, co zupełnie nie przyniosło strat na szybkości, a poprawiło ogólny balans łódki i umożliwiło bezproblemową pracę samosteru. Niesamowite – od wypłynięcia z Portimao nie dotykamy steru, na wachcie koncentrujemy się na obserwacji AIS i lokalnych rybaków, omijając potencjalną kolizję, bo mimo wszystko to ruchliwe wody. Ostatni dzień zaczął się od coraz większej fali i silnych porywów wiatru – stan morza F7-F8. Trzeci ref na grocie i fok sztormowy, czyli zestaw survivalowy. Słońce zachodzi, do celu jeszcze kilkanaście godzin i jest coraz gorzej – fala 4-5m, wiatr w porywach do 45-47kn. Krzysztof zrzuca grota i kontynuujemy jedynie na foku sztormowym – zaczynamy panować nad sytuacja. „Rogata” surfuje na ogromnej fali i pytanie – jak bezpiecznie wejść do mariny? Na nasze szczęście marina Puerto Calero znajduje się w cieniu wysokiego klifu, w płytkiej zatoczce, co umożliwia nam w miarę bezpieczne wejście. Za chwile zacznie świtać. Zmordowani, ale szczęśliwi zapadamy w głęboki sen. 

by Miro

Naszą aktualną pozycję możecie obserwować tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.