São Vincente

No i ocean dał nam popalić! Żebym sobie nie myślała, ze to już będzie tak fajnie do końca! Z São Nicolao do São Vincente płynęliśmy ok. 8 godzin, ale w warunkach przypominających mi najgorsze chwile spędzone na morzu. Wiatr dochodzący do 9 w skali Beauforta, w porywach do 40 węzłów. Chociaż tylko w porywach, wystarczy żeby wielu wystraszyć, a co dopiero mnie i Dorotę. Trzymając się kurczowo szotów oraz owiewki udało nam się nie wypaść za burtę i stawić czoło potężnym, długim oceanicznym falom, dochodzącym do 4 m wysokości. O zejściu do messy nie było mowy, wszystko w brzuchu przewracało się do góry nogami. Tak więc wytrzymaliśmy jakoś ten trudny czas, mijając po drodze małe wyspy Raso, Branco i Santa Luzię. Jakimś cudem, a może dlatego, że było już po najgorszym bujaniu, udało mi się zrobić kilka zdjęć tym bardzo czarnym, z pozoru nieprzyjaznym, położonym na samym końcu świata wyspom. Ich ostre, mocno zarysowane na niebie szczyty wyglądały jak kartonowe wycinanki. Strach pomyśleć, jak tam surowo i nieprzyjaźnie.

No ale w końcu jesteśmy. To już ostatni morski etap mojej i Dosi podróży. No i ostatnia wyspa z archipelagu Wysp Zielonego Przylądka.
Marzyliśmy o nieograniczonym dostępie do słodkiej wody, więc zaczęło się od pryszniców i prania.

Ale tu też wodę bardzo się oszczędza, na razie wykupiliśmy sobie kartę na 500 litrów, powinno starczyć na umycie łódki i pierwsze kąpiele. Bardzo podoba mi się taka kontrola zużycia wody, w przeciwieństwie do europejskich marin, gdzie wodę leje się na łódkę bezmyślnie, ciągle ja spłukując raczej dla przyjemności i ochłody niż z prawdziwej potrzeby.
Marina Mindelo, gdzie stoimy, to ostatnia marina na końcu świata, gdzie właściwie przybywają tylko ci, którzy chcą tu ostatecznie przygotować się, zaczerpnąć ostatniego oddechu i dać nura w nieznane przez Atlantyk, a może jeszcze dalej.

Mięczaków i quasi turystów tu nie ma, chyba że na stacjonującym opodal 7-piętrowym cruiserze z all inclusive. Może też wypłynie na Karaiby, albo na Wyspy Kanaryjskie? Krzyś z Mirkiem już biorą się za porządki przed czekającym ich w połowie listopada skokiem przez Atlantyk.

Na razie pierwszy spacerek, pierwsze piwko i pierwsze zakupy. Jak wszędzie na Wyspach – kolorowo.

MMindelo to największe miasto jakie do tej pory widzieliśmy. Przestronne, obrośnięte zielenią ulice, dużo skwerów, spory ruch samochodowy. Znaleźliśmy dom Cesarii Evory.

Dość zaskakująca niespodzianka, koło wyjścia z portu natknęliśmy się na małą galerię.

Dziś, zgodnie z naszą świecką tradycją jedziemy na wycieczkę po wyspie: my we czwórkę, załoga Kumatej oraz nasz driver Andy, a także przewodnik profesjonalny (jak sam się określił) Franklin.

Kolejne wulkany, czarne kamulce, czarny piach i popiół. Najpierw mozolnie wspinamy się na najwyższy szczyt na wyspie, Monte Verde, 750 m wysokości. Po drodze zapierające dech widoki, droga kręta, kostka bazaltowa.

Na szczycie Monte Verde znajdują się różne anteny i stacje przekaźnikowe i, co zadziwiające, mnóstwo maciupeńkich upraw – zioła, różne psiankowate i wszechobecna kukurydza. Nie do wiary, jak gęsto obsadzone są kukurydzą kamieniste zbocza tutejszych wulkanicznych gór.

Ta ziemia nie jest wbrew pozorom niczyja. Mieszkańcy z nad morza przyjeżdzają tu, aby wyrywać skałom wulkaniczną, żyzną ziemię w ilościach zdawałoby się mikroskopijnych i sadzić między kamulcami sadzonki kukurydzy. Na nieprzystępnych zboczach królują zwinne kozy, dokarmiane prawdopodobnie łętami tej uprawnej rośliny.

W drodze powrotnej wpadamy jeszcze do lokalnego szpitaliku dla żółwi – niedomagające, chore lub w jakikolwiek sposób poszkodowane kurują się tu w prywatnym baseniku, a następnie są wypuszczane do oceanu.

Przejeżdżamy wzdłuż przepięknych, pustych plaż. Woda ma 28 stopni ale i tak nie ma chętnych do plażowania i kąpieli. Kto by tu jechał na koniec świata, choć niewątpliwym atutem jest w listopadzie letnia pogoda. Po drodze malutkie oazy, każda z napędzaną wiatrakiem studnią wodną.

W marinie Mindelo trwają przygotowania do powitania jachtów biorących udział w dorocznym wyścigu ARC z Wysp Kanaryjskich na Karaiby z przystankiem właśnie na São Vincente. Droga impreza, pod niebiosa wypasione jachty, różnorodność osobowości kapitanów i ich załóg. Żeglarstwo w pigułce.
A tymczasem chodzimy sobie po marinie obserwując zarówno bardzo stare, kultowe żaglówki, które zęby zjadły na niejednej rafie, jak i nowiutkie, piękne jednostki, które, być może dopiero zmierzą się z oceaniczną przygodą.

W słynnym pływającym barze popijamy piwko i nie możemy napatrzeć się na ogrom otaczających nas gór. Pojutrze przylatuje do Krzysia i Mirka Sebastian, trzeci członek załogi przez Atlantyk, a ja i Dosia szykujemy się do powrotu w mroczną krainę nad Wisłą.

by Ula

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *